Wszędzie blisko

sobota, Październik 4, 2014
Autor: Leszek Waszczyński

Stary kit

W głowie nam mąci Europa,
diabły na główce szpilki liczy.
Był bój o Tuska, jest – o Kopacz.
Ha ha. Ot, bitwa.
W Piaskownicy.

Sensu w tym nie ma nawet joty,
ta sama sztuka wciąż – dla sztuki.
Stare klekoty i dewoty
pierdzą te same banialuki.

I robią nieustannie wiochę –
i to od ładnych lat już kilku.
Tak dla idei, z nudy trochę.
Gdzie indziej wezmą ich?
Do cyrku?

Do cyrku ich też nie powiodą.
Tam obciach zrobią też. I wstyd.
Była już przecież baba z brodą.
Wszystko już było.
Stary kit.
24 września 2014

Wszędzie blisko

Wyszkolony – dogłębnie, szeroko,
mam pakt z Diabłem tak samo jak z Bogiem.
Mogę zabić – i nie drgnie mi oko.
Nie każdego. Nie zawsze.
Lecz mogę.

Wszystko mogę jeszcze – co zechcę,
choć nie muszę wejść na te tory.
I każdego szuję rozdepczę,
co mi zechce dopisać życiorys.

Jak do Nieba – do Piekła mam blisko
i nie będę się włóczył po sądach.
Miej Trypućko na względzie to wszystko,
nim mnie zechcesz raz drugi podglądać.

Drugim razem zdarzyć się może
już inaczej, dziadzie obślizły.
Tak więc, szczurze – lepiej siedź w norze.
I się ciesz, że cię pchły nie zagryzły.
24 września 2014
Jak to na wojence

Ciągle jeden drugiemu na opak
i durnota pod niebo aż furga.
Za Kaczorem ten, tamten – za Kopacz.
Już bez Tuska.
Nadzieja i ulga?

Gdzie rozsądek? Pojechał – hen, kudy,
już zostawił rozwagi rogatki.
Bredzą dalej i pierdzą jak wprzódy.
I wojenka trwa.
Na łopatki.

Ta z drapakiem, a tamta ze ścierką,
stare baby – lecz krzepka kondycja.
Czasem brzęknie nawet wiaderko –
kartoflana w nim amunicja.

Taką mamy w tym Cyrku debatę,
u każdego mina sierozna.
Bereciary – niczym granatem –
rzucą jajem.
Co za eksplozja…
25 września 2014

Zgodnie z prawem

Grube tysiące – im. Nam – gruszki.
Gruszki na wierzbach – gdzieś w Warszawie.
Gdzie nam szaraczkom do Wierchuszki?
Kto nam da taką aż odprawę?

Nas wyślizgają lekko – z mydłem,
choć wcześniej kit kładą do uszu.
Nam na odejście – ksiądz z kropidłem.
Zasiłek pogrzebowy.
Z ZUS-u.

Oni to mają w swym angażu,
dla nich sprzyjają wszystkie bogi.
A nam – Krzyż Zasług. Na cmentarzu.
Wykonał plan – wyciągnął nogi.

Tak jest w tym naszym Wielkim Świecie,
to POstęp nasz, już nie – Komuna.
I wszystko zgodne z prawem przecież.
Nawet przypierdział to Trybunał.
25 września 2014

Era Palikota

Monż stanu…. Tam są wszystkie takie.
Hura! I idą na Stolicę.
Wymachiwanie sztucznym ptakiem
to trochę mało w polityce.

Naiwność pod figowym listkiem
i na huśtawce wciąż w poglądach.
Kochać inaczej, ćpać maryśkę
i ksiondzów gonić. Ha ha.
Program…

Wystrzał. I kulka w środku płota.
Niektórzy na huk się nabrali.
Miała być era Palikota,
a pewnie przyjdzie kota spalić.

Mizeria. Czuć ją nawet w sieni.
Nic już tam Janusz nie wykrzyczy.
Może powinien też płeć zmienić?
Janina Palikotka.
Chwyci?…
27 września 2014

Jesienne połety

Połeci. Oni się nie zmienią.
Mają już taki swój obyczaj.
Jedni wciąż płaczą wraz z jesienią,
drugich – jej tęcza barw zachwyca.

W jednych i w drugich – takie dreszcze,
aż pióro drży w strudzonej dłoni.
I kapią ślozy razem z deszczem,
a deszcz o szyby – dzwoni, dzwoni…

Żal jakiś w tej poezji. Stypka.
Smutna osnowa. Smutny wątek.
Deszcz to jesienny – będzie grypka.
Bo te połety takie wątłe…

Tak kapie deszcz i lecą ślozy,
i ciągle te połety w męce.
Takie chudzinki i mimozy.
Tylko – bleble, bla bla.
Nic więcej.
27 września 2014

Sześć na dziewięć

Zmięta kołderka czy pierzynka,
butelka pusta – gdzieś przy zlewie.
Taki połeta – paruszynka.
Zaspany.
Łeb ma – sześć na dziewięć.

Zawsze przejęty jest Narodem –
i w dzień powszedni, i od święta.
Wczoraj wymęczył jakąś odę.
I padł.
I dziś nic nie pamięta.

Wierchuszka kwitnie, a mu – nędza,
bo nikt nie duma nad tym śpiewem.
Połetka też – kudłata jędza –
drapie się w dyńkę.
Też nic nie wie.

Chłop śpi – a rośnie mu wciąż zboże.
Połeta? Durny niczym wół.
Takim połetą być – broń Boże.
Wiatr dmuchnie – i ten pęknie wpół.
27 września 2014

Bez koszuli

Nikt nie zatrzymał kijem Wisły,
choć ciągle gdzieś ktoś wierzy w bzdury.
Niedzielny ranek. Spokój myśli.
Luz blues. I mgła.
Na niebie chmury.

Ludziska muszą żyć – więc żyją,
bo nie odejdą stąd przed czasem.
Politykierzy pianę biją.
A politycy?
Trzepią kasę.

Innego nic nie mają w planach
i na wierchuszce nie ma winnych.
Ktoś tam znów upadł na kolana.
A Rejtan – szaty rwie.
Naiwny.

Nikt nad nim tam się nie rozczuli –
tak było wcześniej, będzie potem.
Zima za pasem. Bez koszuli
zmarznie.
I wyjdzie na idiotę.
28 września 2014

Niedzielna nawalanka

Dzień niby święty. Trudna rada.
Niet odpoczynku. Bój od nowa.
Po sumie już. Pleban coś gadał.
Nieważne.
Idziem się miłować.

Fajniutko nam tak pachnie rajem
i polityczną w nim debatą.
Znów Bereciara ciska jajem.
Pełówka – tarczę ma.
Od NATO.

Leje się wody wielka rzeka
w tej branży nam nie grozi manko.
Szpica w odwodzie tylko czeka.
I zaraz zjawi się.
Furmanką.

Batem po grzbiecie! I – po bani!
Tam za kłonicę znów ktoś chwyta.
I beczą kozy. I barany.
Miło popatrzeć.
Dolce vita.
28 września 2014

Polka – wariatka

Łojezu. Przerwa przed pierwszym dzwonkiem,
choć nie wzywają mnie już do szkoły.
Maria Elena “na Ty” jest z Bronkiem.
Tak jak i Staśko.
Ale pierdoły…

Nawet pierdoły ludzi zachwycą –
i jest w tej branży mnóstwo przykładów.
Za bicie piany na profit liczą.
A co usłyszą? To.
Spieprzaj, dziadu.

I taki będzie koniec tej gwiazdy,
co liże klamki – babka i matka.
Kaczor tak gadał – i powie każdy,
bo to ta sama polka – wariatka.

Taka wariatka, dość niska rangą,
choć sama siebie mocno wycenia.
Z taką nie poszedłbym nawet w tango.
Walcem ją przejdę.
Bez – przelecenia.
29 września 2014

Wirus życia

Czy to się komu podoba,
czy rzecz inaczej nazywa –
życie to taka choroba.
Psychiczna.
I zaraźliwa.

Tak jest. I na nic tu lament
czy lipnych zaklęć siła.
Tato zaraził nią mamę,
a mama – nas urodziła.

Tak to jest, mój Kwiatuszku,
tak ten żywot się plecie.
Życiem zarażasz się w łóżku,
a czasem – na dyskotece.

Niby chorować nie przymus,
ale tak już zostanie.
Przed laty ten życia wirus
wylęgał się gdzieś na sianie.

Tam to – dziewczyny, chłopaki
szukały dla siebie nieba.
A dzisiaj już postęp taki,
że nawet siana nie trzeba.
29 września 2014

Nie czas na cuda

Jeden płakał, a drugi znów warczał –
kiedy trzepał tę pianę gdzieś nocą.
Ile sensu w tym? Ile zaparcia?
Ile zasług? Dla kogo?
I – po co?

Armatniego nie szkoda mięsa?
Wszak te pienia niewiele już znaczą.
Nie docenił tego Wałęsa,
nie doceni też Bronek.
I Kaczor.

Nie ma sensu wśród żadnej dysputy,
nie odmienią się z wyżyn pajace.
Oni pójdą ścieżką na skróty.
A ty – durniu?
Zostaniesz tu z kacem.

Twoją działkę porośnie znów perz
i obejdziesz się znowu smakiem.
Ale – bij tę pianę. I – wierz.
Wiara czyni cuda?
Nie takie…
29 września 2014

Kanonada

Ech, ile zadęć obok płotu,
ile stroszenia się – na wspak.
Naiwność? Tylko dla chichotu
ścieżkę otwiera.
Zawsze tak.

Naiwność gna z głupotą w parze,
to zawsze bardzo zgrana parka.
Strasznie naiwni ci mocarze,
co walczą tak – o Bronka, Jarka.

Odwieczni stróże zrytych cnot,
życie oddadzą – w jednej chwili.
Strzelają – ślepą kulką w płot.
Zadowoleni – że strzelili…

I gonią – babę raz, raz – dziada,
potęga wciąż im się podwaja.
Łojezu – jaka kanonada.
Tu są szturmówki.
A tam – jaja.
29 września 2014

Fikuśny kabarecik

Kręci się stara karuzela
i smrodek czuć mocno nieświeży.
Czubate wojsko – buczy, strzela.
Wciąż – kulką w płot.
Tacy snajperzy.

Salon. Styl. Klasa. I kultura.
Ha ha. Z drapakiem Baba Jaga.
Prym wiedzie niskopienny góral.
Na łyżwach.
Zaraz zrobi szpagat.

Ech, jaki rwetes, ile krzyku.
A baniak jak był – dalej pusty.
Wciąż pieją swoje kuku – ryku
w trakcie slalomu wśród kapusty.

Stare pierdoły – a jak dzieci,
co znowu biją się o klocki.
Taki fikuśny kabarecik.
Politykierzy z Dobranocki.
30 września 2014

Klonologia paranoiczna

Niby salon. I niby bon ton.
A badziewie skrzypi jak zbroja.
Klon klonowi zarzuca, że klon
też jest klonem.
Ot, paranoja.

I łucona wciąż polemika,
i tak czyste każdy ma ręce.
Pomieszała ta POlityka
w durnych dyńkach.
I miesza wciąż więcej.

I podchody te same, i sztuczki
wciąż naiwne. Barany bez szkoły.
Mundki glony, bławatki, trypućki.
Pierdu gwizdu.
Ot, stare pierdoły.

Zatroskani Rzeczpospolitą.
Wciąż zmieniają dobre na lepsze.
O co walczą? Nie ich to koryto.
Tam już inne rozsiadły się wieprze.
30 września 2014

Agent Knot

Trypućce znów wysiadła faza
i poci się – jak przy spowiedzi.
Jak kot z pęcherzem w tę i nazad
lata.
I – bredzi, bredzi, bredzi.

Bredzi od lat już dobrych kilku,
gdzie przyjdzie – to obsika płot.
Pierwszy bredzący w naszym cyrku.
Taki ni klaun, ni pajac.
Knot.

Pierdoła – na kształt psiego chwosta,
co z Burkiem przy drewutni mieszka.
Wytrzeszczu gałów nawet dostał –
tak wypatruje wszędzie Leszka.

Menda, co z pieca na łeb spadł
i teraz własny smrodek tropi.
Biedny Trypućko. Z kruchty dziad.
Mszalnych mamrotów znów się opił.
30 września 2014

Burak na łyżwach

Kwiaty. Brawa. Wiwaty. I dam –
niczym w talii. Znaczona to karta.
O kulturze znów bredzi cham.
Cham w przebraniu. I w masce.
Makabra.

Tak elyty te chodzą na skróty,
takim mamią nas szczęściem i rajem.
Cham ma w garści wszystkie atuty.
Ma?
Czy tylko tak mu się zdaje?

Cham nie szczędzi – starań, wysiłku,
żeby lizać klamki u bramy.
Słoma w butach – i wiecheć przy tyłku.
To salony są te.
I madamy.

Z jego ust bez przerwy Ojczyzna
wyślizguje się – taka niebieska.
To ten cham. I burak na łyżwach.
Z Tottenhamem – nie mylić.
Groteska.
30 września 2014
Zielona Wyspa bis

Wiatr ucichł. I zamarły drzewa.
I nawet wśród Bereciar cisza.
Polska wstrzymała oddech. Ewa
jest z expose.
Kto jej to pisał?

Już gęby rozdziawione wszędzie.
Baczność. Na wstępie już oklaski.
Łojezu. Co to teraz będzie?
Zielona Wyspa?
Teraz – w paski.

I na tej Wyspie – życie godne,
bezpieczne już – dla wszystkich klas.
Paski błękitne. Takie modne.
To z Wariatkowa strój.
W sam raz.

Porządek z gazem już. I z ropą.
I dom bez klamek. Ale – własny.
Jejku. Już krok przed Europą.
Tylko kaftanik ciut za ciasny…
1 października 2014

Agent Knot – drugie otwarcie

Ech, ten Trypućko. Z jakiej kasty
toto przylazło? I wciąż w złości.
Stary dziadyga wyłupiasty.
Znowu coś bredzi.
W pomroczności.

Walnięty. Tylko – z której strony?
Lata jak w sraczce. Bo tak lubi.
Agent, co tropi wszystkie klony,
a w swoich już rachunek zgubił.

Mlon beznadziejny. Agent Knot.
Uciekł dla swojej starej z szafy.
Też strzela. Ślepą kulką w płot.
Naćpany.
No to jak ma trafić?

Pajac na środku pustej drogi.
Szmaciarz u życia swej jesieni.
Trypućko. Lecz się ty na nogi.
Bo łba durnego nikt nie zmieni.
1 października 2014

Bez hamulcowego

Pora opuścić już mównicę,
gdzie braw nie szczędzi druzja wierna.
Już po litanii dobrych życzeń.
Trzeba je teraz – spełniać, spełniać.

No śmiało – tylko jeden krok,
a stanie się znów cud nad Wisłą.
Zrobimy wszystko w jeden rok,
co nam przez siedem lat nie wyszło.

Kocham tę Ewę z iskrą w oku,
z tym animuszem i z tą wiarą.
Tusk hamulcowy został z boku,
tak więc – ruszymy pełną parą.

Odważnie. Na nas nie ma stracha,
gdy tyle wiary w nas, ochoty.
Nawet Palikot przestał machać
sztucznym penisem.
Do roboty!
2 października 2014

A gdy już ciemno

Tak fajnie – kiedy już ciemno,
gdy noc lęki dnia zdejmie.
Niebo gwiaździste nade mną
i prawo moralne we mnie.

Wiem, że już kocham Warszawę
i czuję w serduchu tkliwość.
W niektórych to prawo nawet
podąża aż w sprawiedliwość.

Odeszła przeklęta Komuna
i życia mam wyższy poziom.
I czuję, że Łojciec z Torunia
też czuwa nade mną.
Wraz z Bozią.

Przez pracę, a nie przypadkiem
tak nam rozkwita Kraj.
A teraz tu na dokładkę
Ewa nam zrobi Raj.
2 października 2014

Kabaret cudaków

Dziecinada to przecież, nie – walka,
w piaskownicy jedynie rozróba.
Ktoś umiera – za Ewę, za Jarka.
Niech umiera.
Jednego mniej czuba.

Nikt nie płacze. I nikt nie zapłaci
za lamenty – październik czy lipiec.
Niechaj pomrą wszyscy czubaci.
Przyjdę na mszę.
Wypiję na stypie.

Przyjdę. Lubię tych mędrców z przedszkola,
te panienki – tak mondre i śliczne.
I zaśpiewam nawet im – Sto lat!
Choć to pewnie niepolitycznie.

Trochę kitu, gdy braknie już laku,
ale zawsze do śmiechu jest temat.
Kocham taki kabaret cudaków.
Muszę kochać.
Innego tu nie ma.
2 października 2014

Wokół chatki

Ech, ta reforma – wraz z odnową.
Jak Piekło z Niebem – pół na pół.
Teraz już zasnę. Kolorowo.
Nawet – w stereo.
Bajer full.

Świat w Wirtulandii durny taki,
raz w nim pod wiatr, raz drugi – z górki.
Pełówka poszła paść robaki.
I Bereciara.
Bujać kulki.

Albo odwrotnie – z tymi dwiema.
Ciort zgadnie czasem te ich trasy.
Grunt, że znów pisze się poema
i jest kabaret w cyrku naszym.

I dzieje się coś wokół chatki –
na kurzej łapce. Tak. The best.
Tak trzymać – czuby i czubatki.
Wszak życie kabaretem jest.
2 października 2014

Czubatkowo PL

Umysłowa to bida z nędzą.
Pełno wody – a uschło już drzewo.
Siedzą mlony – i bredzą, i pierdzą.
Te za Jarkiem.
A tamte – za Ewą.

Stara miłość. I mlony też stare.
Już się mogą przeglądać w mogile.
I bez Donka się kręci kabaret.
To już przeszło w perpetuum mobile.

Można o tym już pisać księgi,
choć ze śmiechu okropnie brzuch boli.
Czubatkowo do entej potęgi.
Dom bez klamek.
I taniec chocholi.

Jeszcze biją tę pianę i wierzą,
że coś kapnie im z możnych koryta.
Kulki, zetki, bławatki. I Prezio.
Ugniatacze kitu.
Elyta.
3 października 2014

Za garść owsa

Zwariowany kabaret. I pociąg
nie mniej durny pomyka donikąd.
Że te w górze się czubią? Jest o co.
Wpływy. Forsa. Władza. Koryto.

Taka widać już rzeczy kolej,
taką magię mają salony.
O co czubią się mlony na dole?
O tych w górze. Ha ha.
Jak to mlony.

Ci na dole to tylko zabawki
dla tych z góry, co lubią publikę.
Taki mlon jak koń, co ma klapki
na swych ślepiach – pociągnie im brykę.

Dla wierchuszki potrzeba matołów
tych na dole. Matołów – bez szkoły.
Za garść owsa. Za ochłap ze stołu
będą ciągnąć. I walczyć.
Matoły…
3 października 2014

Co dla kogo

Wśród przekrętów, szwindli i budów,
w blasku picu, co nigdy nie gaśnie –
wyglądamy kolejnych cudów
i jak dzieci wierzymy w baśnie.

Znamy hasło – że bez nas nic o nas,
zapatrzeni wciąż w Amerykę.
Tyle razy zrobieni już w konia,
wciąż ciągniemy cudaczną tę brykę.

Ci, co wracać mieli – nie wrócą,
bo nie tęsknią już za Warszawą.
Raz do roku ochłapy nam rzucą
i szczęśliwi – bijemy im brawo.

Na sztandarach, w telewizorach –
wielkie słowa, a obok już bzdety.
Bóg. Ojczyzna. Honor. Kasiora.
Ta ostatnia nie dla nas.
Niestety.
4 października 2014

Wielkie szczęścia

To iluzje są wszystko i mity,
które zwodzą nas, ciągną na dno.
Wielkie szczęścia, ogromne zaszczyty,
worek kasy.
I lęk, że ją skradną…

Gdzieś na szklanych górach aż zamki
i neony w tęczy iskierkach.
Dom jak pałac i złote w nim klamki,
w nim atrapa człowieka – bez serca.

I u pana żebranie wciąż łaski,
i niepewność – co jutro się zdarzy.
Wielkie tłumy, wiwaty, oklaski,
plastikowy uśmiech na twarzy.

Potem nawet jest wstyd takich wspomnień,
choć refleksja przychodzi nie w porę.
Wielkie szczęścia, zaszczyty ogromne.
Obok – ty.
Już wiem – co wybiorę.
4 października 2014

Sami swoi

I kto starszy rangą? Nasz Wania?
Czy ich Borys? I burzy się sitwa.
I – Cep Cepa Cepem Pogania.
Jak w dawniejszym Sojuzie.
Znów – bitwa.

I rozbity kinol ma dzieciak,
bo to wojna, nie jakaś gra w berka.
Świszczą jaja – ze strony Bereciar
i łopatki – POprawnych.
W wiaderkach.

Nie ma końca dla walki i psot,
i kabaret jest fajny w ogóle.
Kulka z procy trafiła znów w płot.
A przy płocie – Pawlak z Kargulem.

Pierdu gadu bez przerwy – do bani,
na wierchuszce, na dole – i wszędzie.
Sami swoi. Od lat wciąż ci sami.
Nie ma mocnych na nich.
Nie będzie.
5 października 2014

Tak przykładni

Tak przykładni. Naprawdę. Sól ziemi.
I obyci – w bon tonie, w kulturze.
Do kościoła dziś znowu pójdziemy.
Przed sam ołtarz.
Ktoś będzie na chórze.

Z serc przejętych spadnie nam kamień,
z expose znów pleban zagada.
Będzie – Ciało Chrystusa. I – Amen.
Moja wina.
Choć większa – sąsiada…

Zamyśleni chwilę. Co potem?
Potem będzie – jak było w przeszłości.
Znów wrócimy na starą Golgotę –
ukrzyżować kogoś.
Z miłości.

Wciąż z miłości. Dalecy od gry.
Tacy dobrzy – bo wolni od grzechu.
Tak przykładni. Sól ziemi. To my.
Brzuch mnie boli. Naprawdę.
Ze śmiechu.
5 października 2014

To jest POstęp

Wszelki zakaz to przecież jest bzdura.
Nie te czasy to już – sprzed wojny.
Tato z mamą – może. A córa?
Też by chciała.
Bo tatuś przystojny.

Trzeba patrzeć na miłość szeroko
i nie dziwić się wcale panience.
Bratu siostra też wpadła już w oko.
Taaaka laska.
Podejrzał w łazience.

Zacofańce tego nie zmienią.
To jest POstęp. To się podoba.
A chłop z chłopem? Już dawno się żenią.
Nawet czasem kotne są oba…

Nowoczesność – zrozumią gdzie głupie?
Nigdy. Nigdzie. Przegraną są kartą.
A ja taki POstęp mam w… d.upie.
Chociaż nie wiem – czy mieć go tam warto.
5 października 2014

Tag:

Komentowanie zakończone.

Kalendarz Świąt Nietypowych

17 czerwca 2019
Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszami

Archiwa