Historia parafii

Ksiądz kanonik Antoni Warpechowski (1910 - 2001)

Urodził się dnia 10 maja 1910 r. we wsi Budlewo na terenie parafii Topczewo w dekanacie bielskim, pozostającym wówczas w granicach diecezji wileńskiej, jako czwarte, przedostatnie, dziecko Stanisława i Anny zd. Olędzkiej. Miał czworo rodzeństwa - dwóch braci i dwie siostry. Rodzice nie należeli do majętnych, posiadali średniej wielkości gospodarstwo rolne, ale rodzinie powodziło się, jak na owe czasy, względnie dobrze, a to dzięki zaradności i znanej w okolicy pracowitości Warpechowskich i ich upodobania do porządku i dyscypliny. 1946 - 1973 Wkrótce po odzyskaniu niepodległości rodzice posłali Antoniego na naukę do pobliskiej wsi, gdzie prywatnie nauczanie początkowe, już w języku polskim, prowadziła jedna z nauczycielek. Tam przerobił zakres materiału przewidziany dla pierwszej i drugiej klasy szkoły powszechnej. Gdy ta wkrótce formalnie powstała, został wpisany od razu do trzeciej klasy. Należał do najzdolniejszych uczniów, nic zatem dziwnego, że rodzice zdecydowali się wysłać go do gimnazjum w Bielsku Podlaskim. Naukę w szkole średniej zakończył pomyślnie zdanym egzaminem dojrzałości. Po maturze odbył służbę wojskową i w wieku 21 lat, w 1931 r., wstąpił do seminarium duchownego w Wilnie i rozpoczął studia na wydziale teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego. Studia uwieńczył dyplomem wystawionym dn. 15 czerwca 1938 r. Kilka dni wcześniej, 10 czerwca 1938 r., przyjął w Wilnie święcenia prezbiteratu z rąk metropolity wileńskiego ks. abpa Romualda Jałbrzykowskiego. Mszę św. prymicyjną odprawił w kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej. W tym samym roku otrzymał nominację na wikariusza parafii Zdzięcioł. Tu zastała go wojna, tutaj przeżył inwazję sowiecką we wrześniu 1939 r. W Zdzięciole pozostawał do 1940 r. Pomimo konsekwentnie prowadzonej brutalnej antyreligijnej polityki nowej władzy katechizował pod okupacją sowiecką jeszcze przez ponad miesiąc. Po aresztowaniu przez sowietów w listopadzie 1939 r. ks. Jana Goja proboszcza parafii Rohotna, osadzonego w więzieniu w Słonimie, następnie wywiezionego w głąb Rosji, księża ze Zdzięcioła obsługiwali i tę pozbawioną duszpasterza sąsiednią placówkę. Ponieważ zachodziła obawa, że w zaistniałej sytuacji sowieci zamkną świątynię, dziekan zdzięciolski w maju 1940 roku, na usilne prośby parafian z Rohotnej, wysłał tam w charakterze proboszcza swego dotychczasowego wikariusza - ks. Warpechowskiego. W tym okresie - wspominał Proboszcz - pomimo utrudnień i szykan, do kościoła przychodziło znacznie więcej wiernych, niż w czasie pokoju. Tymczasem okupant konsekwentnie prowadził politykę dyskryminacji Kościoła. Odczuł to mocno proboszcz z Rohotnej. Straszono go wywózką, nakładano wysokie podatki, nakazano odrabiać szarwark w wysokości 12 dni miesięcznie, czyli dwukrotnie więcej, niż inni zmuszani do pracy na rzecz okupanta. W ramach tych świadczeń ks. Warpechowski jesienią 1940 r. zmuszony był pracować przy budowie drogi, natomiast wiosną 1941 r. - w lesie przy obróbce drewna. Po zajęciu ziem wschodnich Rzeczypospolitej przez wojska hitlerowskie, w 1941 r., tuż przed wydaniem zakazu remontu świątyń, ks. Proboszcz zdołał przeprowadzić remont dachu kościoła parafialnego. W listopadzie 1941 roku, pod wpływem nacjonalistów białoruskich, niemieckie władze okupacyjne zobowiązały duchownych do ubiegania się o pozwolenie na sprawowanie posługi duszpasterskiej. Ks. Proboszcza wezwano jako ostatniego spośród duchownych dekanatu i udzielono pozwolenia na dwa tygodnie służby Bożej z obowiązkiem powtarzania tej procedury co 14 dni. Pomimo tych utrudnień w Rohotnej odbywały się odpusty, a ks. Proboszcz zdołał zorganizować i przeprowadzić rekolekcje wielkopostne. W lecie 1941 roku w każdą niedzielę po sumie w świątyni parafialnej przygotowywał dzieci do Pierwszej Komunii Świętej. W 1943 r. wobec narastającego terroru hitlerowskiego, gdy duchownych z sąsiednich parafii: Rzędzinowszczyzny, Zdzięcioła, Mołczadzi, Dworca, Zaczepic, Skrundzi aresztowano, rozstrzelano lub wywieziono na roboty do Niemiec, ks. Warpechowski, w obliczu oczywistej groźby deportacji, w październiku 1943 nawiązał kontakt z pobliskim oddziałem Armii Krajowej. Przez pewien czas pozostawał się w lesie pod opieką partyzantów, po czym, na własną prośbę, został wyekspediowany do parafii Krupa, gdzie ukrywał się u nieznanej bliżej polskiej rodziny. O pracy duszpasterskiej nie mogło być mowy, zatem nie chcąc dłużej narażać siebie i ludzi dających mu schronienie ks. Warpechowski w kwietniu 1944 roku odszedł do oddziałów AK i został kapelanem w batalionie kapitana Zycha w Zgrupowaniu Nadniemeńskim, pozostającym pod dowództwem majora Kalenkiewicza (pseud. "Kotwicz"). Ks. Warpechowski otoczył żołnierzy podziemia opieką duszpasterską: odprawiał Mszę św., spowiadał, służył radą, budował kapłańską postawą, krzepił swą obecnością, dzielił trudy partyzanckiego losu. O żołnierzach swego batalionu wspominał z dumą: "chyba wszyscy nosili ryngrafy Matki Boskiej Ostrobramskiej; to byli bardzo dobrzy żołnierze". Z tymi oddziałami ks. Warpechowski w roku 1944 brał udział w szturmie na Wilno, kiedy jego ugrupowanie zdobywało miasto od strony Rossy. W 1944 r. dotychczasowy kapelan opuścił zbrojne podziemie i udał się do parafii Iszczołna w dekanacie lidzkim, gdzie otrzymał nominację na wikariusza. Po kilku miesiącach, wiosną 1945 r., wyjechał do Polski. Zatrzymał się w Sokółce. Tu w latach 1945 - 1946 pełnił funkcję wikariusza, po czym otrzymał nominację na proboszcza w Goniądzu. Do nowej parafii przybył 28 sierpnia 1946 r. Otwierał się kolejny, równie niełatwy, etap jego kapłańskiej posługi. Miasteczko przedstawiało widok rozpaczliwy. Przez pełne pięć miesięcy, od 10 sierpnia 1943 r. do 12 stycznia 1944 r. Goniądz znajdował się na linii frontu. Miasto uległo zniszczeniu w 66 %. Poważnie uszkodzony został kościół parafialny, jako że hitlerowcy wycofując się wysadzili wieże. Te waląc się zniszczyły większą część korpusu świątyni. W gruzach legła nie tylko świątynia. Okrucieństwa wojny dokonały ogromnego spustoszenia w ludzkich sercach, zachwiały wiarę, pozbawiły wielu nadziei, stępiły sumienia. Odbudowa tego wszystkiego, wszczepienie w serca wiernych nadziei i wiary, tak w Bożą Opatrzność, jak i w siebie samych, to zadanie, które stanęło przed nowym proboszczem. Zadanie niełatwe, zważywszy na fakt, że tzw. władza ludowa miała zupełnie odmienną wizję przyszłości i zamierzała uszczęśliwiać obywateli w inny, nowy, bardziej "postępowy" i sprawdzony u sąsiada sposób. W nowym porządku nie przewidywano miejsca dla Boga. Konflikt proboszcza z miejscowym aktywem partyjnym ujawnił się z pełną mocą już w kilka miesięcy po jego przyjeździe. Na parafię nałożono z miejsca podatek w wysokości ogółem 12 400 złp., sumy, jak na ówczesne możliwości tej placówki duszpasterskiej zawrotnej, której proboszcz w żaden sposób, nawet gdyby chciał, zebrać nie był w stanie. Rozpoczęły się wizyty urzędników różnych szczebli, spośród których najczęstszym gościem zaczął z czasem bywać sekwestrator. "Wreszcie - pisał ks. Warpechowski - przyszedł [sekwestrator - T.K.] z policjantem i woźnym z magistratu goniądzkiego, ażeby zająć rzeczy na zaległa daninę. Kazałem więc kucharce oddać wszystkie kury i naczynia kuchenne. Ale on mówi, że to za mało i szuka sam [...], więc wtenczas w jego obecności zdjąłem buty z nóg i oddałem mu; on zajrzał, ocenił i zabrał buty ze sobą; zostałem w porwanych trzewikach, które prawie nie nadawały się do noszenia". Palącym zadaniem była przede wszystkim odbudowa świątyni parafialnej. Tej pracy ks. Proboszcz poświęcił się bez reszty. Nie zapędzał ludzi do pracy, nie było takiej potrzeby. Parafianie potrzebowali świątyni i pragnęli ją mieć tak piękną, jak przed wojną. Nie oszczędzał się nikt. Ks. Warpechowski okazał się doskonałym organizatorem, oddziaływał własnym przykładem. Nie stał z boku. "Sam szedł pierwszy wszędzie, wykonując w potrzebie każdą robotę i pracując razem z ludźmi" - wspomina jeden ze starszych parafian. Widać go było z ludźmi zimą w lesie, gdy w dwudziesto stopniowym mrozie na długo przed świtem razem z innymi pracował przy wyrębie potrzebnego do budowy drewna, spotkać go można było przy pracy nad zwieńczeniem wieży kościelnej, stojącego na najwyższej kondygnacji chwiejącego się rusztowania, które trzymało się już tylko chyba siłą przyzwyczajenia. Poświęcenie i przykład proboszcza oraz ofiarna praca parafian dały owoc taki, że w kilka lat po objęciu parafii przez ks. Warpechowskiego wieże kościoła parafialnego znowu dumnie wznosiły się nad miastem...[cd.]

Spisał Ks. Tadeusz Kasabuła.